Widzisz wiadomości wyszukane dla słów: najniższa średnia krajowa 2007r





Temat: Rozliczenie na dziecko
Chciałam zapytać żeby rozliczyc ulge na dziecko jaki musi być dochód bo mój dochód to była najniższa średnia krajowa za 2007 czy należy mi sie na dziecko 1140 zł Proszę o odpowiedz



Temat: Rozliczenie z pracy w NL w polskim US
ok,fakt,podalam tylko swoj przyklad,ale z tego co slyszalam od znajomych to oni tez nie doplacali wiecej,oprocz jednego ktory musial doplacic ok.tysiaca zlotych.w mojej sytuacji na rok 2007 bylo tak,ze w Polsce pracowalam pierwsze trzy miesiace w roku( moje dochody-najnizsza srednia krajowa,ok.800 zl ,nie pamietam dokladnie). w NL pracowalam od maja do listopada,czyli 6 m-cy. na cetlach mialam co tydzien ok.200 EUR. podaje tak w przyblizeniu bo nie mam tych dokumentow przed oczyma. wiec odnosnie mojej sytuacji musialam doplacic ok.250 zl. a z tego co mi ksiegowa tlumaczyla to musialam doplacic tylko roznice podatkow,bo tutaj w NL podatek byl troche wyzszy niz ten w PL,roznica wynosila pare procent i to wlasnie te pare procent musialm doplacic. tyle wiem





Temat: Bo Platforma Liberalna jest

marsh
2007-12-08 14:19:00
"Wiele osób dochodzi do wniosku, że nie opłaca się im pracować. Wolą być na zasiłku niż pracować za małe pieniądze. Dzieje się tak dlatego, ponieważ nie ma zbytniej różnicy pomiędzy niskimi pensjami a zasiłkami dla bezrobotnych - twierdzi Robert Gwiazdowski, ekonomista z Centrum im. Adama Smitha."

A jakie są Pana propozycje rozwiązania ?

Bo moje są takie:

1) likwidacja zapisów o najniższym wynagrodzeniu

2) likwidacja zapisów o możliwości dorabiania do zasiłku

3) kratki dla zatrudniających do pracy na czarno

4) skarbowy ma pytać każdego na zasiłku czemu jeszcze żyje i za co

5) tych co płaczą, że nie mogą znaleźć pracy, skierować do pracy na własny rachunek ( działalność )

6) wprowadzić nakaz pracy

7) wprowadzić nakaz odprowadzania daniny na rzecz państwa od średniej krajowej, niezależnie czy ktoś pracuje czy nie

8 ) jeżeli ktoś ma rodzinę, wstrzymać wypłatę rent, emerytur i wprowadzić nakaz utrzymywania rodziców przez dzieci

9) wprowadzić jedno "okienko" bo dziś jest tylu chętnych do działania, że to jedno winno z powodzeniem wystarczyć .

(z tego samego źródła trochę głębiej wśród komentarzy.)

Gdzie się taki trep ulung.



Temat: Czyżby spór zbiorowy w Lasach Państwowych?

Jednocześnie Rada Krajowa ZLP w RP, biorąc pod uwagę dobrą sytuację finansową LP oraz fakt obniżania się średniej płacy w Lasach Państwowych żąda:
- wprowadzenia stawki wyjściowej od dnia 01.08.2007 r. w wysokości 1070,00 zł
- wypłacenia do 15 lipca 2007 r. nagrody za II kwartał 2007 r. /próba nazwania nagrody z okazji Dni Lasu nagrodą za II kwartał jest zabiegiem żenującym/ w wysokości 2000 zł na 1 zatrudnionego przy zachowaniu zasady, że najniższa nagroda wynosi 1500,00 zł.


Ostro....



Temat: Nieruchomości
Bezruch na rynku nieruchomości

Puls Biznesu 23.11.2007 11:53

Październik nie przyniósł radykalnych zmian sytuacji na krajowym rynku nieruchomości - wynika z badań serwisu OFERTY.NET. W największych aglomeracjach ceny ofertowe sprzedaży mieszkań utrzymywały się na stabilnym poziomie.

W Warszawie średnia stawka wywoławcza spadła o 1 proc., w Krakowie pozostała bez zmian a w Łodzi, Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu wzrosła od 0,8 proc. do 3,1 proc. - informuje "Puls Biznesu". Do spadków cen ofertowych przekraczających 3 proc. doszło w Sopocie, Lublinie i Bydgoszczy.

Największy zaś wzrost cen odnotowały Katowice (4,6 proc.) oraz Białystok (5,6 proc.) - miasta, w których średnie ceny 1m2 mieszkania należą do jednych z najniższych w kraju.

Po trwającym blisko pół roku okresie stagnacji na rynku wtórnym sprzedaży mieszkań i mającej miejsce korekcie cen październik przyniósł wyraźne ożywienie. Jak wynika z analiz serwisu OFERTY.NET od początku ubiegłego miesiąca znów zaczęła rosnąć liczba klientów poszukujących mieszkań.

Choć trend ten nie znajduje jeszcze zdecydowanego odzwierciedlenia w liczbie zawieranych transakcji, to można sądzić, że klienci "oswoili się" z obecnymi - wysokimi w porównaniu do lat ubiegłych - cenami i ponownie zaczęli intensywnie szukać ofert z myślą o dokonaniu zakupu. Przy znacznym wzroście podaży ofert (o ok. 36 proc. w ciągu 6 m-cy) i większej elastyczności sprzedających sytuacja na rynku zaczyna się normalizować.



Temat: kaczka czy nie

Co to są 3 osoby na taką linie?? Boże jedyny bez ściem że nie ma pieniędzy na utrzymanie tych etatów ( najniższa średnia krajowa )

To sie zdecyduj: najnizsza, czy srednia, bo popadasz w konflikt z logika. Jesli cos jest najnizsze, to nie jest srednie.

Wyjasniam, ze koszty ponoszone przez pracodawce w zwiazku z zatrudnieniem pracownika na umowe o prace obejmuja, procz pensji pracownika, caly szereg skladek na rozne fundusze i ubezpieczenia, ktore pokrywa z wlasnej kieszeni pracodawca. Sa to:

- skladka na ubezpieczenie emerytalne 9,7%
- skladka na ubezpieczenie rentowe 4,5%
- skladka na ubezpieczenie wypadkowe 1,8% (zazwyczaj)
- skladka na Fundusz Pracy 2,45%
- skladka na Fundusz Gwarantowanych Swiadczen Pracowniczych 0,1%

Tak wiec koszt zatrudnienia pracownika z puktu widzenia pracodawcy = pensja brutto + w/w skladki

A tak dla oswiecenia co niektorych dwie male kalkulacje, ktore przedstawia miesieczne koszty zatrudnienia 10 pracownikow:

1. Placimy minimum ustawowe, ktore wynosi na dzien dzisiejszy 1126 zlotych brutto, czyli okolo 860,37 zl netto (na reke, jesli ktos nie wie, co to brutto, a co netto)

Placa brutto: 1126,00 zl
Skladki oplacane przez pracodawce: 235,61 zl
===============================
Kosz miesieczny 1 pracownika: 1361,61 zl

Zatem miesieczny koszt zatrudnienia 10 osob z ustawowym wynagrodzeniem minimalnym to 13616,10 zl.
A kosz roczny to 12 x 13616,10 = 163393,20 zl

2. Placimy srednia krajowa wg Glownego Urzedu Statystycznego:

Miesieczne wynagrodzenie srednie w listopadzie 2007 (danych za grudzien jeszcze nie ma) wynioslo 3000 zlotych z malym haczykiem, bodaj 3004 zlote. Dla uproszczenia przyjmiemy, ze rowne 3000 zlotych brutto, czyli 2134,72 zl netto.

Placa brutto: 3000,00 zl
Skladki oplacane przez pracodawce: 558,30 zl
===============================
Koszt miesieczny 1 pracownika: 3558,30 zl

Zatem miesieczny koszt zatrudnienia 10 osob z wynagrodzeniem srednim wg GUS to 35583,00 zl.
A koszt roczny to 12 x 35583,00 = 426996,00 zl.


przecież 3 osoby na taką linie to jest nic, nie wiem kiedy jeszcze mieli by przeprowadzać prace torowe, naprawcze.

Wszyscy wiemy, ze 3 osoby na taka kolej, to malo. Ale skad wziac pieniadze na oplacenie 10 osob?

Podkreslam: przy zalozeniu, ze wszyscy ci ludzie pracuja za ustawowa pensje minimalna jest to koszt przeszlo 160 tysiecy zlotych rocznie. Ale kto bedzie w obecnych czasach dymal za osiemset szescdziesiat zlotch miesiecznie na reke??



Temat: Obyczaje
Do Kościoła chodzi tylko co trzeci warszawiak

Odsetek warszawiaków uczęszczających co niedzielę do kościoła od kilku lat należy do najniższych w Polsce, jednak to w stolicy najżywiej rozwijają się ruchy i wspólnoty kościelne. I okazuje się, że ci, co do kościoła chodzą, coraz częściej przystępują też do komunii – czytamy na portalu polskatimes.pl.

Według danych opublikowanych przez Instytut Statystyk Kościoła Katolickiego w 2007 roku odsetek wiernych uczęszczających do Kościoła wyniósł w archidiecezji warszawskiej 33,6 proc., a w diecezji warszawsko-praskiej 37,8 proc. Do komunii przystąpiło 14,9 proc. mieszkańców archidiecezji warszawskiej i 15,6 proc. osób mieszkających po drugiej stronie Wisły.

Według ks. prof. Witolda Zdaniewicza, autora badań religijności Polaków, jest to „prawie najgorszy wynik w kraju”. Są diecezje, w których do kościoła chodzi nawet 70 proc. wiernych. - Nie można jednak mówić o spadku jakości, skoro wzrasta liczba przyjmujących komunię – stwierdził ks. Zdaniewicz.

W Warszawie żywotne są także wspólnoty i różne ruchy kościelne – czytamy na portalu polskatimes.pl. Najnowsze badania wskazują, że ilość należących do nich mieszkańców stolicy jest wyższa od średniej krajowej. - Są w stolicy parafie, gdzie działa po kilka, a nawet kilkadziesiąt różnych grup religijnych. Zaangażowani w nie ludzie dbają o wiarę, są świadomie wierzący. To przyszłość Kościoła – ocenia ks. prof. Zdaniewicz

Jeśli za wyznacznik religijności uznamy odsetek małżeństw zawieranych bez kościelnego błogosławieństwa, Mazowsze znajdzie się w okolicy średniej krajowej. W 2007 roku na 32 tys. zawartych małżeństw blisko 10 tys. miało wyłącznie cywilny charakter. Podobne wyniki występują w innych województwach. Częstym powodem rezygnacji ze ślubu kościelnego jest fakt, że któraś ze stron jest rozwiedziona – podaje polskatimes.pl.

Coraz częściej zdarzają się też w Warszawie pary w ogóle rezygnujące ze ślubu. - To zjawisko istnieje zaledwie od kilku lat - mówi Konrad Maj, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Pary tłumaczą, że nie chcą ponosić wydatków związanych ze ślubem, albo uważają, że jeśli nie sformalizują związku, będą się o siebie bardziej starać. Nie bez znaczenia jest także wpływ kultury masowej – czytamy na portalu polskatimes.pl.

Żródło: polskatimes.pl



Temat: Do Kościoła chodzi tylko co trzeci warszawiak
2009-01-02
Do Kościoła chodzi tylko co trzeci warszawiak

Odsetek warszawiaków uczęszczających co niedzielę do kościoła od kilku lat należy do najniższych w Polsce, jednak to w stolicy najżywiej rozwijają się ruchy i wspólnoty kościelne. I okazuje się, że ci, co do kościoła chodzą, coraz częściej przystępują też do komunii – czytamy na portalu polskatimes.pl.

Według danych opublikowanych przez Instytut Statystyk Kościoła Katolickiego w 2007 roku odsetek wiernych uczęszczających do Kościoła wyniósł w archidiecezji warszawskiej 33,6 proc., a w diecezji warszawsko-praskiej 37,8 proc. Do komunii przystąpiło 14,9 proc. mieszkańców archidiecezji warszawskiej i 15,6 proc. osób mieszkających po drugiej stronie Wisły.

Według ks. prof. Witolda Zdaniewicza, autora badań religijności Polaków, jest to „prawie najgorszy wynik w kraju”. Są diecezje, w których do kościoła chodzi nawet 70 proc. wiernych. - Nie można jednak mówić o spadku jakości, skoro wzrasta liczba przyjmujących komunię – stwierdził ks. Zdaniewicz.

W Warszawie żywotne są także wspólnoty i różne ruchy kościelne – czytamy na portalu polskatimes.pl. Najnowsze badania wskazują, że ilość należących do nich mieszkańców stolicy jest wyższa od średniej krajowej. - Są w stolicy parafie, gdzie działa po kilka, a nawet kilkadziesiąt różnych grup religijnych. Zaangażowani w nie ludzie dbają o wiarę, są świadomie wierzący. To przyszłość Kościoła – ocenia ks. prof. Zdaniewicz

Jeśli za wyznacznik religijności uznamy odsetek małżeństw zawieranych bez kościelnego błogosławieństwa, Mazowsze znajdzie się w okolicy średniej krajowej. W 2007 roku na 32 tys. zawartych małżeństw blisko 10 tys. miało wyłącznie cywilny charakter. Podobne wyniki występują w innych województwach. Częstym powodem rezygnacji ze ślubu kościelnego jest fakt, że któraś ze stron jest rozwiedziona – podaje polskatimes.pl.

Coraz częściej zdarzają się też w Warszawie pary w ogóle rezygnujące ze ślubu. - To zjawisko istnieje zaledwie od kilku lat - mówi Konrad Maj, wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Pary tłumaczą, że nie chcą ponosić wydatków związanych ze ślubem, albo uważają, że jeśli nie sformalizują związku, będą się o siebie bardziej starać. Nie bez znaczenia jest także wpływ kultury masowej – czytamy na portalu polskatimes.pl.

Żródło: polskatimes.pl



Temat: Czyżby spór zbiorowy w Lasach Państwowych?
""""
Warszawa 20.06.2007 r.

Pan
Andrzej Matysiak
Dyrektor Generalny
Lasów Państwowych

Szanowny Panie Dyrektorze!

Rada Krajowa Związku Leśników Polskich w RP na swym posiedzeniu w dniu 14 czerwca 2007 r. wyraziła głębokie niezadowolenie i dezaprobatę dotyczącą działań Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych w zakresie przekazania projektu notatki z negocjacji DGLP z centralami związkowymi z dnia 23.05.2007 r. oraz projektu protokółu dodatkowego nr 14 do Ponadzakładowego Układu Zbiorowego Pracy dla Pracowników PGL LP. W związku z tym, Rada Krajowa ZLP w RP żąda natychmiastowego przekazania do uzgodnienia projektów obydwu dokumentów.
Rada Krajowa ZLP w RP po raz kolejny zgłasza problem małej pojemności rejestratorów. Wydłuża to bardzo znacznie pracę leśniczych. Wnosimy o pilne wyposażenie leśniczych w nowe rejestratory.

Rada Krajowa ZLP w RP stwierdza, że średnie wynagrodzenia w Lasach Państwowych były w 2006 r. niższe niż w roku 2005 o 2 %, a wzrost płac w kraju wyniósł ponad 5 %. W marcu 2007 r. wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 9 %, a średnia płaca w Lasach Państwowych za 4 miesiące spadła o 12 %.
Ceny materiałów budowlanych wzrosły w ciągu tego roku o około 50 %, ceny drewna w Europie od 20 do 50%. Wzrost cen drewna osiągnięty na rok 2007 przez LP to 6 %.
W związku z tym Rada Krajowa wnosi o pilne podjęcie renegocjacji cen drewna.

Jednocześnie Rada Krajowa ZLP w RP, biorąc pod uwagę dobrą sytuację finansową LP oraz fakt obniżania się średniej płacy w Lasach Państwowych żąda:
- wprowadzenia stawki wyjściowej od dnia 01.08.2007 r. w wysokości 1070,00 zł
- wypłacenia do 15 lipca 2007 r. nagrody za II kwartał 2007 r. /próba nazwania nagrody z
okazji Dni Lasu nagrodą za II kwartał jest zabiegiem żenującym/ w wysokości 2000 zł na 1
zatrudnionego przy zachowaniu zasady, że najniższa nagroda wynosi 1500,00 zł.

Rada Krajowa Związku Leśników Polskich w RP oświadcza, że w przypadku odrzucenia przez Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych postulatów płacowych podejmie działania przewidziane ustawą o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

Przewodniczący
Jerzy Przybylski
""""



Temat: Gielda Papierow Wartosciowych
Tanio to jeszcze nie jest

Kamil Zatoński 15.01.2008 19:12

Indeksy runęły w dół. Przy takiej panice analiza przestaje się już liczyć. Cenom akcji nie pomagają nawet atrakcyjne wskaźniki. Zwłaszcza, jeśli atrakcyjne są tylko na pierwszy rzut oka.
Nie udała się próba powstrzymania spadków cen akcji. Optymizmu starczyło na zaledwie kilkadziesiąt minut. Rynek ugiął się pod serią złych wieści. Zaczęło się od słabych danych makro zza oceanu i wysokiej krajowej inflacji. Inwestorów dobiła kolejna pesymistyczna ocena amerykańskiej gospodarki Alana Greenspana (były szef Fed) i gigantyczna strata Citigroup. Liderem spadków był tym razem WIG20, który na zamknięciu spadł o 4,3 proc. Pogłębiająca się przecena wcale jednak nie musi oznaczać, że na rynku zaroiło się od promocji. Dowodzi tego przegląd wskaźników spółek z indeksu mWIG40.

Od szczytu, zanotowanego 26 czerwca 2007 r., indeks obniżył się już o blisko 45 proc. Tak głębokiej korekty nie zaliczył nawet jego poprzednik – MidWIG – w czasie bessy z lat 2000-2001. Wyceny firm wyraźnie się obniżyły: jeśli wziąć pod uwagę medianę (która w tym przypadku jest bardziej miarodajna od średniej arytmetycznej, nie wpływają na nią bowiem wartości skrajne), dla indeksu firm o średniej kapitalizacji wynosi ona obecnie 13,3 (dane z 14 stycznia), czyli ponad dwa razy mniej, niż w szczycie hossy.

To jeszcze nie świadczy o tym, że wskaźniki automatycznie stały się atrakcyjne. Rynek jest w innej fazie (euforię zastąpił skrajny pesymizm), na dodatek rzut oka na zestawienie spółek o najniższych mnożnikach cena do zysku po raz kolejny potwierdza, że do ich interpretacji należy podchodzić bardzo ostrożnie.

Więcej na ten temat w środowym Pulsie Biznesu i na http://www.pb.pl.



Temat: uwaga, może skoczyć ciśnienie- przemyślenia nowego-polaka
Jeśli chodzi o Polaków to pod względem piracenia nie odbiegają od średniej światowej. Temat płyt na starym forum był sporo czasu wałkowany, jest to sprawa własnego indywidualnego spojrzenia na temat wydawnictw, muzyków i szeroko pojętej sceny. Jam mam w tym temacie swoje zdanie i go nie zmieniłem i chyba nie zmienię.

Płyty są jednym z elementów tego zagadnienia, ale często zapominamy o legalnym oprogramowaniu na kompa, zapłaceniu abonamentu RTV i wielu innych tego typu grzeszkach. Patrząc na aktywność forumowiczów to większa jest w godzinach pracy, czyli okradamy naszych pracodawców z czasu za którego wykorzystanie w sprawach firmy a nie prywatnych nam płacą.
Ale to jest sprawa wewnętrznej etyki, a nie etyki Kalego którą co niektórzy stosują.
To wszystko wśród innych narodów Polaków zbytnio nie wyróżnia, oni są tacy sami.

Mamy za to wiele inny kurewskich wad.
To co opisał Koval, skrojenie swojego kolesia to już jest przywara odróżniająca nas od innych cywilizowanych narodów. Kolejną jest brak wzajemnego wsparcia pomiędzy Polakami za granicą.
Wracając do krajowego podwórka to chamstwo wszelkiej maści dyrektorów i ludzi na stanowiskach, którzy nie mają szacunku do swoich pracowników i tylko potrafią się obnosić ze swoim stanowiskiem, w normalnym kraju dyrektor firmy potrafi się przywitać z pracownikiem najniższego szczebla, niestety Polak tego nie potrafi, bo on jest kimś i nie będzie się zniżał do poziomu robola.
W cywilizowanych krajach ludzie potrafią się do siebie uśmiechać i mówić do siebie proste dzień dobry, u nas takie zachowanie powoli staje się wyjątkiem. To jest problemem tego narodu a nie ile kto ma pirackich płyt, lewych programów, albo ile kto zajumał.

[ Dodano: 29-01-2007, 17:32 ]



Temat: Nieruchomości
Golden Finance: w 2008 r. 10 proc. spadek cen mieszkań

DI, PAP 07.12.2007 16:44

Średnie ceny metra kwadratowego mieszkań mogą spaść w przyszłym roku nawet o 10 proc. i utrzymać się na tym poziomie przez rok czy dwa - wynika z przekazanej w piątek analizy Golden Finance.

Zdaniem analityków Golden Finance, mamy do czynienia z pierwszą od ponad dwóch lat stabilizacją cen mieszkań na krajowym rynku nieruchomości, a nawet z ich obniżką.

W okresie ostatnich dwóch lat ceny mieszkań wzrosły nawet o 70 proc. W tym czasie do użytku oddano ponad 60 tys. nowych lokali. Eksperci przewidują, że w przyszłym roku będzie o ponad 60 proc. więcej mieszkań niż w tym roku.

Podaż na rynku nieruchomości jest bardzo duża, a popyt - ze względu na zbyt wysokie ceny lokali - zaczyna spadać. Deweloperzy rozpoczęli już walkę o klienta, oferując m.in. darmowe tarasy czy miejsca parkingowe.
W opinii ekspertów, podobna tendencja panuje na rynku wtórnym.
"Używane mieszkania nie stanowią już w zasadzie żadnej konkurencji dla nowych, a ich ceny zostały również mocno wywindowane. Tanieją więc lokale o najniższym standardzie, przeznaczone do generalnego remontu, w blokach z dużej płyty i z kiepską lokalizacją. Na wartości zyskują natomiast spokojne nowoczesne osiedla na peryferiach wielkich miast" - czytamy w analizie.
Specjaliści Golden Finance podkreślają jednak, że nie można liczyć na długofalową stabilizację cen, co jest związane z cyklem koniunkturalnym. Ich zdaniem, obniżka cen spowoduje wzrost aktywności nabywców nieruchomości. Zrównanie popytu z podażą może zagwarantować stabilizację rynku, lecz w dłuższej perspektywie ceny mieszkań znów zaczną iść w górę.
Sytuacja w Polsce jest podobna do tej, jaka miała miejsce w Hiszpanii po wstąpieniu do Unii Europejskiej. "Po pięcioletnich wzrostach cen nieruchomości nastąpił tam kilkuletni okres wyhamowania, a później kolejny, drastyczny skok cen" - czytamy w analizie.
Analitycy uważają, że w Polsce dynamika zmian w tym zakresie jest znacznie większa, więc stagnacja może nie trwać długo.



Temat: Czy mam prawo do życia w IV RP?
Mam 41 lat, mam niepracującą żonę, dwoje dzieci w wieku szkolnym, wykształcenie średnie techniczne. Nie umiem kraść. Honor nie pozwala korzystać mi z opieki społecznej.
Mieszkam w małym mieście gdzie istnieje parę, małych zakładów pracy, zatrudniających za 600zł netto, i tylko i wyłącznie w formie umowy- zlecenia na okres trzech miesięcy. Zatrważającym dla mnie i dla wielu jest fakt, że pracując na umowę zlecenie pozbawieni jesteśmy świadczeń emerytalno-rentowych. Za lat parę będziemy stanowić ( sprzedawcy w supermarketach, ochroniarze, pracownicy budowlani i wielu innych) dużą grupę ludzi starych, schorowanych bez rent, emerytur z konieczności wyciągających żebraczą rękę pod kościołem o datek. Emerytami natomiast będą pracownicy sfery budżetowej i rolnicy, których to forma pracy jaką jest umowa zlecenie nie dotyczy. Postanowiłem cos zrobić ze swoim życiem i dokonać samozatrudnienia. I tu wielka gorycz i rozczarowanie. Z dnia na dzień stałem się wielkim biznesmenem w rozumieniu przepisów prawnych, aż tak wielkim że nie wiedząc ile jeszcze zarobię na własną rodzinę, już wiem że samego ZUS-u musze opłacić 800zł, chociaż handlujący obok mnie tym samym produktem człowiek ze wsi szyderczo śmiejący mi się w twarz, ponieważ wystawił cenę tego samego produktu niższą, opłaci swoje pełne ubezpieczenie rentowo-emerytalne Krus za kwotę 70 zł miesięcznie, choć faktycznie nie posiada pola a jedynie mieszka z tatusiem rolnikiem.
Może ktoś mądry podliczy ile musze sprzedać na targowisku pietruszki aby zapłacić sam tylko ZUS. Licząc nawet 20gr zysku na kilogramie. Czy jest to realne gdy obok mnie na tym samym targowisku taką samą pietruszką targujących jest 30 lub 50 osób w tym osoby ubezpieczone w Krusie mogące zminimalizować cenę sprzedaży produktu ponieważ nie muszą zarobić na ZUS, renciści i emeryci którzy chcą dorobić sobie do świadczeń, a nie tak jak ja utrzymać całą rodzinę. A jeżeli zajmę się tymże handlem z żoną to od tej samej pietruszki muszę zarobić też na ZUS żony tj razem 1600zł.
Pytam : Jaki ze mnie jest przedsiębiorca zajmujący się tak drobnym handlem w celu utrzymania rodziny. ZUS moją działalność właśnie określa jako przedsiębiorca i nakazuje opłacać składkę ZUS 800zł miesięcznie, Podobna sytuacja jest w usługach . Ginące zawody takie jak np. szewc są jaskrawym przykładem że ani drobny handel ani drobne usługi nie są w stanie pokryć wysokości samego ZUSu. Dlaczego jeżeli najniższa pensja krajowa to 600zł netto nakazuje się nam płacić ZUS 800zł sądząc że zarobimy conajmniej średnią krajową. Dla wielu ludzi szczególnie z małych miast taka praca jest koniecznością ponieważ w okolicy nie ma możliwości podjąć inne zatrudnienie na tzw. umowę o pracę dającą świadczenia rentowo-emerytalne. W lokalnych zakładzikach np. tartakach zatrudniona jest młodzież ze wsi pracująca bez jakichkolwiek świadczeń. Są to dzieci rolników przez swoich rodziców rejestrowani w Krusie jako pomoc w gospodarstwie. Oni juz mają ciągłość pracy i świadczenia rentowo-emerytalne opłacone przez miasto. Pracodawca faktycznie zatrudniając osobę ze wsi oszczędza i nie ma co mu się dziwić skoro prawo na to pozwala. Bardzo żałuję że tematy takie jak ten nie są na topie dziennikarzy a ważniejsze jest np. czy Wielgus był agentem czy też nie, albo czy Lepper też miał kochankę. Co to przynosi dla kraju i dla zwykłego człowieka? Zastanówcie się Państwo.
Uzupełnieniem tego artykułu jest artykuł pod tytułem : ,,Gdzie to prawo i gdzie ta sprawiedliwość” z dnia 01.01.2007



Temat: Gospodarka - Polska
Płaca minimalna ma wzrosnąć

Katarzyna Górowicz, lez 2007-08-04, ostatnia aktualizacja 2007-08-03 19:55

Do 1126 zł ma wzrosnąć w przyszłym roku minimalne wynagrodzenie w Polsce. Taką decyzję ma podjąć Rada Ministrów prawdopodobnie już na najbliższym na posiedzeniu 21 sierpnia.

Obietnica podwyżki padła podczas wtorkowego spotkania premiera Jarosława Kaczyńskiego z m.in. liderem "Solidarności" Januszem Śniadkiem. Z naszych informacji wynika, że najniższa płaca (dziś 936 zł) wzrośnie o 190 zł. To najwyższy wzrost płacy minimalnej, jaki kiedykolwiek udało się wynegocjować związkowcom. - Nie ma jeszcze porozumienia na piśmie - zastrzega Jerzy Langer, wiceszef komisji kadrowej NSZZ "S", który uczestniczył we wtorkowym spotkaniu z premierem oraz wicepremierem Przemysławem Gosiewskim. - Ale nasze stanowiska, związkowe i rządowe, bardzo się zbliżyły - podkreśla. I dodaje: - Zresztą Jarosław Kaczyński już wcześniej publicznie w telewizji deklarował, że rząd chciałby doprowadzić do tego, by minimalna płaca stanowiła 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Wicepremier Gosiewski potwierdza: - Zdecydowaliśmy, że minimalna płaca wzrośnie do 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Trwają prace nad kształtem rozporządzenia w tej sprawie.

Być może sprawą zajmie się Rada Ministrów na najbliższym posiedzeniu, czyli 21 sierpnia.

Tegoroczna płaca minimalna (936 zł) stanowi ok. 35,8 proc. szacowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej (2616 zł). Ale nawet jej wzrost do 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia nie zadowoli związkowców. Jak informuje na swojej stronie internetowej "S", zdaniem unijnych ekspertów wynagrodzenie godziwe powinno kształtować się na poziomie ok. 68 proc. płacy przeciętnej w danym kraju.

"S" od kilku miesięcy prowadzi Ogólnopolską Kampanię Społeczną "Niskie płace barierą rozwoju Polski". Organizatorzy kampanii chcą zwrócić uwagę polskiej opinii publicznej na to, iż niskie płace przyczyniają się do braku rozwoju gospodarczego kraju oraz pogłębiają emigrację polskiej ludności. Zdaniem "S" zasługujemy na wyższe płace, gdyż: od szeregu lat wzrost płac nie nadąża za wzrostem wydajności i rozwojem gospodarczym, pracujemy dłużej niż w wielu krajach, nawet w Unii. Związkowcy uważają, że dla ratowania polskiego rynku pracy i ograniczenia emigracji zarobkowej fachowców trzeba zmniejszyć ogromny dystans między zarobkami w Polsce i rozwiniętymi krajami Unii.

Zdaniem Jana Rutkowskiego, głównego ekonomisty Banku Światowego w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, podwyżka płacy minimalnej do 40 proc. średniej krajowej nie powinna jeszcze wpłynąć negatywnie na rynek pracy i w obecnej sytuacji gospodarczej będzie miała raczej efekt marginalny. - Jest ogromne zapotrzebowanie na pracowników. W okresie boomu gospodarczego to naturalne, że gdy rosną płace, wzrasta i płaca minimalna. Gorzej, jeśli okres koniunktury mija. Wtedy wysoka płaca minimalna może przyczynić się do bezrobocia - mówi Rutkowski.

Według Rutkowskiego skutki zbyt wysokiej podwyżki płacy minimalnej mogłyby dotknąć w pierwszej kolejności najmniej wykwalifikowanych pracowników na terenach najsłabiej rozwiniętych. - Część z pracodawców mogłoby po prostu nie chcieć ich zatrudnić ze względu na brak odpowiednich kwalifikacji i zbyt niską wydajność pracy - tłumaczy Rutkowski.

Źródło: Gazeta Wyborcza

http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/ ... 63929.html



Temat: Galeria Handlowo-Rozrywkowa "Agora"

Duży popyt na obiekty handlowe
Górnośląski rynek powierzchni handlowej ciągle jest nienasycony.

Nie brak więc miejsca na nowe inwestycje, które powstają obecnie w centrach miast oraz w pofabrycznych murach.

Obecnie na Górnym Śląsku na 348 mkw. powierzchni handlowej przypada 1 tys. mieszkańców, a na koniec 2010 r. liczba ta urośnie do 411. – Jest to najniższy wskaźnik w porównaniu z największymi miastami Polski. Więc ciągle jest miejsce na nowe inwestycje – ocenia Ewa Derlatka z DTZ. Jak dodaje Beata Hebel z Knight Frank, biorąc pod uwagę wskaźniki ekonomiczne, jest to po Warszawie drugi najbardziej perspektywiczny obszar w Polsce. – To najbardziej zaludniony region kraju, a siła nabywcza jego mieszkańców ciągle rośnie – zapewnia Beata Hebel.

Nowe projekty

Obecnie w aglomeracji Śląskiej znajdują się 43 wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, z czego 28 to centra handlowe. Największe z nich to katowicka galeria Silesia City Center, M1 Czeladź, M1 Zabrze, Arena Gliwice, Auchan w Sosnowcu, Rawa Park Handlowy, Plejada Sosnowiec, M1 Bytom, Plejada Bytom oraz Dąbrówka Katowice. W sumie aglomeracja liczy sobie łącznie ok. 857 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej, przy czym cieszy się najniższym współczynnikiem pustostanów, który oscyluje na poziomie 1,4 proc. Dla porównania w Warszawie współczynnik ten wynosi 2,95 proc., we Wrocławiu – 2,70 proc., a w Krakowie – 1,9 proc. – jak podają analitycy z Cushman & Wakefield. Nic dziwnego, że deweloperzy szykują na Śląsku nowe projekty. W najbliższych latach powstanie co najmniej 200 tys. mkw. nowej powierzchni.

– Jednym z większych obiektów w trakcie realizacji jest CH Pogoria, w którym to centrum powstanie ok. 30 tys. mkw. Budynek powstaje w Dąbrowie Górniczej. Zaś powstająca w Bytomiu Agora przyniesie 13 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Ponadto w Gliwicach planowana jest budowa Focus Park o pow. 65 tys. mkw. oraz Helical Park Gliwice o pow. 80 tys. mkw. – opowiada Beata Hebel. – Region Górnego Śląska jest bardzo atrakcyjnym miejscem do lokowania nowych obiektów handlowych z rozbudowaną funkcją rozrywkową, m.in. ze względu na wysokość dochodów mieszkańców, które przekraczają średnią krajową, oraz sporą populację młodych osób.

W przemysłowych budynkach

Do niedawna dominowały obiekty zlokalizowane poza centrami miast, przy głównych trasach. W ostatnich latach pojawiły się także inwestycje usytuowane bliżej centrum. – Ma to związek z nowym trendem, czyli rewitalizacją starych budynków. Deweloperzy dostrzegają potencjał zaniedbanej architektury przemysłowej – tereny kopalń, hut, fabryk to ciekawy teren dla lokalizacji centrów handlowych. Otwarto już centra zbudowane na bazie starych murów – np. Silesia City Center, które powstało w miejscu dawnej kopalni Gotwald w Katowicach, czy też Platan Zabrze znajdujący się na terenach Huty Zabrze – opowiada Ewa Derlatka.

Na Górnym Śląsku oprócz centrów typowo handlowych rozwijają się także obiekty wielofunkcyjne. – Trend, zapoczątkowany również przez Silesia City Center, kontynuuje m.in. Braaten + Pedersen plus Partners, planując budowę centrum Agora, gdzie oprócz galerii handlowej powstaną multipleks, kręgielnia i salon bilardowy, sala wystawowa i widowiskowa oraz ogrody zimowe – wylicza Ewa Derlatka.

Stawki czynszu za lokale ok. 100 mkw. wynajęte przez sieci odzieżowe na Górnym Śląsku sięgają 40 – 45 euro za mkw. za miesiąc. Nie są to duże kwoty w porównaniu z najwyższymi stawkami czynszowymi w atrakcyjnych lokalizacjach, które w pierwszej połowie 2007 r. utrzymywały się na poziomie 85 – 90 euro za miesiąc. Jednak czynsze w tej aglomeracji pną się w górę – W porównaniu z trzecim kwartałem 2006 r. czynsze za najlepsze lokale wzrosły o 10 – 13 proc, co miało związek z otwarciem nowych śródmiejskich centrów handlowych, w których czynsze są wyższe niż w obiektach poza centrum, a także z silnym popytem najemców na lokale o wysokim standardzie – mówi Ewa Derlatka.




Temat: Newsy 2008
Gonimy Europę - ok. 200 hoteli w Polsce w fazie budowy lub modernizacji

Średnia cena pokoju w Polsce to około 103,5 euro. W hotelu pięciogwiazdkowym jest to 320 euro, ekonomicznym – 62 euro. Najdroższe pokoje są w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu.

Dobre prognozy

Boom na rynku hotelarskim, widoczny już w 2007 roku, będzie kontynuowany w nadchodzących latach. Związane jest to przede wszystkim z wejściem Polski do Unii Europejskiej, a co za tym idzie, wzrostem ogólnej liczby turystów, jak również wydatków na turystykę. Wiąże się to także z bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi i idącym za tym napływem firm. To z kolei prowadzi do konieczności zapewnienia biznesmenom odpowiedniej jakości bazy noclegowej. Dodatkowo, organizacja Euro 2012 wpływa na zwiększenie inwestycji w obiekty hotelowe. Niektóre miasta, jak chociażby Warszawa, kuszą obniżeniem bądź całkowitym zwolnieniem z podatku od nieruchomości przez okres pięciu lat tych inwestorów, którzy chcą budować infrastrukturę turystyczną i sportową.
Należy zwrócić uwagę, że rynek hotelowy odnosi się głównie do dużych miast. Mniejsze miasta oraz kurorty turystyczne są niedoinwestowane i nadal przeważa tu prywatna baza noclegowa. Świadczy to o tym, że z jednej strony rynek jest nadal słabo rozwinięty, z drugiej strony ma ogromny potencjał.
Według ostatnich danych Eurostatu, polski rynek hotelarski rozwija się najszybciej w porównaniu z innymi krajami Europy. Odnotowano 6,5-procentowy wzrost liczby turystów zagranicznych i blisko 14,5-procentowy krajowych. Równie znacząco, o ponad 11 procent, wzrosła liczba osób korzystających z noclegów w obiektach hotelowych. Od kilku lat obserwuje się stały wzrost współczynnika obłożenia pokoi hotelowych, który na koniec 2007 roku dla obiektów pięciogwiazdkowych wyniósł ponad 65 procent. Najwyższy współczynnik obłożenia pokoi hotelowych osiągnęły takie miasta, jak: Kraków, Wrocław czy Warszawa. Najniższy dotyczy Katowic, Poznania i Łodzi.
Powyższe czynniki przekładają się na zainteresowanie polskim rynkiem hotelarskim zarówno ze strony zagranicznych, jak i krajowych inwestorów oraz sieci hotelowych. Planowane i realizowane inwestycje dotyczą wszystkich segmentów rynku. Pojawiają się również nowe koncepty, do tej pory nieznane na naszym rynku, jak np. condohotels, który polega na kupnie wykończonego mieszkania przeznaczonego na wynajem. Inwestor zarządza lokalami, jak również bierze na siebie ich wynajem. Projekty te cieszą się dużym zainteresowaniem głównie w kurortach turystycznych. Budowę pierwszego condohotelu w Polsce zrealizowano w Jastarni.
Jednakże najwięcej inwestycji przeprowadzanych w naszym kraju dotyczy hoteli ekonomicznych zlokalizowanych w dużych i średnich miastach, jak również obiektów wysokiej klasy z zapleczem konferencyjnym oraz spa & wellness. Inwestorzy zauważyli, że potencjał drzemie w średnich miastach, a możliwość pozyskania funduszy unijnych (infrastrukturalnych) jest dla nich dodatkowym bodźcem.

Do głównych prężnie rozwijających się sieci hotelowych (operatorów – krajowych i zagranicznych) działających na rynku polskim należą: Orbis & Accor, Bass Hotels & Resorts, Tubus, Louvre Hotels, spółka Hotel 500, OST Gromada, Radisson Sas Hotels & Resort, Best Western International, Starwood Hotels, Hilton, Global Hyatt Corporation oraz Hotele Marriott. Biorąc pod uwagę analizy sektora hotelowego, obecnie nie prognozuje się wyraźnych wzrostów cen w hotelach. Największy wzrost cen rynek ma już za sobą. Ceny się ustabilizowały i w najbliższym czasie pozostaną na zbliżonym poziomie. Średnia cena pokoju w Polsce wynosi obecnie około 103,5 euro. Koszty noclegu kształtują się w zależności od klasy obiektu, świadczonych usług oraz lokalizacji. Średnia cena pokoju w hotelu pięciogwiazdkowym wynosi 320 euro za dobę, dla obiektów ekonomicznych jest to 62 euro. Najwyższe ceny odnotowuje się w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. W porównaniu do innych krajów europejskich, ceny za usługi hotelowe w Polsce nie należą do wygórowanych i są jednymi z najniższych w Europie. Najwyższe ceny w Europie są w Moskwie, Paryżu, Mediolanie, Sztokholmie i Londynie.

Autor: Dominika Jędrak, Cushman & Wakefield Polska
Źródło: Świat Hoteli 4/2008



Temat: Ogólnie ogólne
http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3901947.html

Szkoda, że o Kielcach nie wspomnieli ani słowem, a mogliby, bo szykują nam się dwie nowe galerie (Warszawska i Dworzec PKP), a Także rozbudowa Galerii Echo


Złote Tarasy - ostatnie wielkie centrum handlowe?
Piotr Miączyński, Leszek Kostrzewski
2007-02-06, ostatnia aktualizacja 2007-02-08 13:12

Otwarte w środę Złote Tarasy będą ostatnią nową galerią handlową w stolicy otwartą w ciągu najbliższych lat. Podobny trend widać w innych dużych miastach. Nowe centra będą teraz budowane głównie w miastach liczących 100-350 tys. mieszkańców.

Słowem, które może scharakteryzować Złote Tarasy, nie jest wielkość - prawie dwukrotnie większa są od niego warszawska Arkadia czy łódzka Manufaktura. Nie są też korki, choć - jak ostrzegał urząd miasta - mogły one sparaliżować w środę pół Warszawy. Złote Tarasy, które powstały kosztem ok. 500 mln euro, można za to opisać słowem "opóźnienie". Ich otwarcie przekładano co najmniej trzykrotnie. Pierwszy termin - koniec 2005 r. - przesunięto na wiosnę 2006 r., z której szybko zrobiła się jesień, a wreszcie luty 2007 r.

Inwestor - holenderska spółka ING Real Estate Development - winą za przedłużające się prace obarczała wykonawcę oraz pseudoekologów z organizacji Przyjazne Miasto, którzy uchylili w lipcu 2004 r. pozwolenie na budowę giganta (wcześniej za dwa miliony złotych zrezygnowali z protestów wobec budowy centrum Arkadia).

Dziś inwestor jest jednak przekonany, że Tarasy odniosą sukces. Całość powierzchni rozrywkowo-handlowej - 63,5 tys. m kw. - jest już wynajęta, i to mimo zabójczych czynszów sięgających nawet 350 zł za m kw. miesięcznie.

Dla ekspertów nowe centrum to jednak przede wszystkim punkt zwrotny. - Otwarcie Złotych Tarasów oznacza, że przez blisko dwa lata w Warszawie nie powstaną już porównywalne centra. Teraz wszyscy na rynku będą obserwować, jak ta inwestycja daje sobie radę - twierdzi Anna Bartoszewicz-Wnuk z agencji nieruchomości Jones Lang LaSalle.

Zdaniem specjalistów w dużych miastach popyt na nowe centra zaczyna powoli wyhamowywać. 230 krajowych centrów oferuje już 3,7 mln m kw. powierzchni handlowej (dane Cushman & Wakefield Polska). Mieszczą się one przede wszystkim w dużych miastach, a w budowie znajduje się kolejne 550 tys. m kw. Na otwarcie czeka Galeria Malta Poznań (4 kw. 2008 r.), Arkady Wrocławskie (2 kw. 2007 r.), Forum Gliwice (2 kw. 2007 r.) oraz Galeria Bałtycka Gdańsk (4 kw. 2007 r.).

Konkurencja między centrami się zaostrza. Aby przyciągnąć klientów, stare centra są rozbudowywane. W ubiegłym roku zakończyło się powiększanie Galerii Mokotów, trwa poznańskiego Starego Browaru.

Galerie zaczęły też "wietrzyć" najemców. Części sklepów wypowiadane są umowy, na ich miejsce zapraszane są nowe. Pierwszeństwo mają tzw. kotwice, czyli sklepy, które osiągają największe obroty: hipermarkety, duże sklepy z elektroniką, np.: RTV EURO AGD, Media Markt, Saturn, i oczywiście sieci odzieżowe: Reserved, Cottonfield, H&M czy Cubus. Tacy kluczowi najemcy zamawiają najwięcej powierzchni - Grupa EM&F otworzy w Złotych Tarasach dziesięć sklepów o łącznej powierzchni grubo ponad 5 tys. m kw. (m.in. Empik, Smyk, Zara, Mexx czy Mango). W zamian płacą najniższe z możliwych czynsze. Najmniej hipermarkety - kilkanaście euro za metr kwadratowy na miesiąc. Sklep odzieżowy"kotwica" w Warszawie - 18-20 euro. Dla porównania sklep "niestrategiczny" - już cztery razy więcej.

Centra handlowe robią też łowy na nowych najemców, którzy dopiero wchodzą do kraju. Złotym Tarasom udało się przechwycić np. pierwszą w Europie Środkowej restaurację Hard Rock Café (słynie z muzycznych pamiątek, będą tam np. gitary, na których grali Bono i John Lennon), angielską sieć drogeryjną Body Shop (uchodzi za pioniera kosmetyków naturalnych), sklep z luksusową kobiecą bielizną Palmers czy ekskluzywny Hugo Boss.

Co będzie dalej? Według Katarzyny Michnikowskiej, analityka Cushman & Wakefield, działalność deweloperska przenosi się obecnie do miast średniej wielkości - 100-350 tys. mieszkańców - w których w latach 2007-08 prognozowany jest największy wzrost podaży. Chodzi m.in. o Białystok, Lublin, Częstochowę, Gliwice, Rzeszów, Rybnik, Opole i Słupsk.

Z kolei zdaniem Jan Dębskiego, dyrektora generalnego ECE Projektmanagement Polska (m.in. Galeria Dominikańska we Wrocławiu oraz Galeria Krakowska), galerie coraz częściej będą powstawać w ścisłych centrach miast. Pozwala to na łączenie ich w jedną handlową całość z główną ulicą miasta.

Jest to o tyle istotne, że w ostatnim czasie zaczął rosnąć popyt na nowoczesne powierzchnie przy głównych ulicach handlowych. Napędza go zainteresowanie ze strony ekskluzywnych marek handlowych, takich jak Armani, Burberry czy Escada, które zazwyczaj zajmują odrestaurowane stare kamienice.

Pierwszym takim obiektem łączącym koncept centrum handlowego z główną ulicą był poznański Stary Browar.




Temat: RAPORT UKE
UKE - raport o cenach usług telefonii komórkowej w Polsce
UKE przygotowało raport o wysokości opłat z tytułu usług świadczonych klientom telefonii ruchomej, jak również preferencje konsumentów w zakresie cen oferowanych przez krajowych operatorów telefonii ruchomej.

Wnioski z raportu

Według danych Teligen na luty 2009 roku, koszyki usług dla Polski we wszystkich trzech analizowanych wariantach klienta średnio aktywnego (post-paid, pre-paid, post-paid i pre-paid łącznie) plasowały się w zestawieniu wybranych 19 krajów Unii Europejskiej poniżej średniej dla tych krajów. Zdecydowanie najkorzystniej w punktu widzenia kosztów ponoszonych przez klientów sieci, prezentował się koszyk klienta abonamentowego – 946 PLN. Droższy był koszyk klienta usług przedpłaconych – 1461 PLN. Łączny koszyk usług był z kolei aż o 241 PLN tańczy niż średnia dla wszystkich analizowanych krajów.

Z roku na rok w Polsce utrzymuje się trend, zgodnie z którym koszyk usług przedpłaconych jest zdecydowanie droższy od koszyka abonamentowego, co jest efektem m.in. wyższych podstawowych cen połączeń głosowych pre-paid wobec post-paid, w ofertach uwzględnionych przez Teligen, jak również w innych ofertach analizowanych przez UKE.

Analizując koszyki usług zasadnym jest odniesienie się do danych o cenach zawartych w 14 Raporcie Implementacyjnym Komisji Europejskiej, gdzie zaprezentowane zarówno w Raporcie jak i w jego streszczeniu ceny miesięcznych koszyków usług dla Polski oraz wybranych przez Teligen polskich operatorów, w niektórych przypadkach wzrastały na przestrzeni lat 2007-2008. Taki stan rzeczy stanowi efekt spadku wartości złotego wobec euro, co w konsekwencji powoduje pozorny wzrost ceny usługi, nawet gdy jej realna cena dla konsumenta w walucie krajowej spada. Warto podkreślić, iż UKE nie odnotowało w analizowanym okresie wzrostów cen detalicznych usług, które mogłyby realnie wpłynąć na wzrost ceny koszyków, przy poczynionych przez Teligen założeniach. Co więcej w innych fragmentach Raportu Polska prezentowana jest jako kraj charakteryzujący się jednymi z najniższych cen usług mobilnych w Unii Europejskiej już w 2007 roku, co częściowo potwierdza korzystną dla konsumentów tendencję spadku krajowych cen usług telefonii ruchomej.

Wspomniana powyżej tendencja w znacznej mierze inicjowana jest przez sieć Play. Wprowadzona w marcu 2009 r. oferta na kartę – Play Fresh – oferuje najniższe na rynku podstawowe ceny połączeń głosowych – 0,29 PLN/min oraz wiadomości SMS 0,09 PLN/SMS.

Mimo, iż preferencje konsumentów powoli zaczynają wskazywać na zmiany w priorytetach doboru ofert – nieznacznie zaczyna spadać istotność ceny – w najbliższym roku należy spodziewać się aktywnej rywalizacji operatorów o klientów właśnie w tym obszarze. Z jednej strony corocznie zdecydowanie więcej na telefon wydają klienci abonamentowi, z drugiej strony klientów usług przedpłaconych trudniej zatrzymać w sieci, tak więc trudno ocenić w na który segment bardziej zorientowana będzie obniżka cen usług operatorów.

Należy pamiętać, iż w 2008 roku na rynku pojawiło się wielu operatorów wirtualnych, którzy z racji przyjętych biznesowych modeli działalności, nie mają możliwości bezpośredniego konkurowania ceną z silnymi operatorami infrastrukturalnymi. Dla nich metodą tworzenia wartości dodanej dla klientów mogą być nie ceny usług telekomunikacyjnych, ale inne usługi, często związane z podstawowym profilem działalności (branża spożywcza, bankowa, kosmetyczna, itp.). W tym przypadku klient nie będzie oszczędzał na samych usługach telefonii ruchomej, ale na szerokim koszyku usług uwzględniającym zupełnie inne typy usług. Taki scenariusz uprawdopodabniają zapowiedzi kolejnych debiutów MVNO – więcej podmiotów oznacza więcej ofert, również w konkretnych segmentach, jak usługi bankowe czy branża spożywcza. Wysoka penetracja z pewnością wymusi aktywną walkę o klienta.

Źródło: UKE



Temat: Bezrobocie
Europejskie pensje to mrzonka

Puls Biznesu 31.05.2007 07:54

Przez co najmniej kilkadziesiąt lat nie dogonimy Europy pod względem płac. Zarabiamy proporcjonalnie do tego, ile wytwarzamy.

Wskazówka obrotomierza gospodarki zbliża się do czerwonego pola, o czym świadczą doskonałe ostatnio dane makro. Coraz więcej osób zaczyna żądać podwyżek. Pierwsza w kolejce - wspierana przez grożących ogólnopolskim strajkiem związkowców - ustawia się budżetówka: lekarze, nauczyciele, kolejarze, strażacy. Pojawiają się także żądania z sektora prywatnego, czego przykładem strajk w opolskiej fabryce Opla. I trudno się dziwić: pensje Polaków są jednymi z najniższych w Europie - pisze "Puls Biznesu".

Jednak żeby zarabiać więcej, trzeba więcej wytwarzać. Jeśli przyjrzymy się produktowi krajowemu brutto na głowę i porównamy to ze średnimi wynagrodzeniami, okaże się, że te relacje utrzymane są u nas na podobnym poziomie jak w innych krajach. Tyle że nasz PKB na głowę jest jednym z najniższych w Europie. Tak jak pensje.

Nie ma się co łudzić: na realizację postulatu Solidarności, która żąda zrównania polskich wynagrodzeń z europejskimi, przyjdzie nam poczekać. I to bardzo długo.

Jak uważa Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP, według różnych klasyfikacji nasze pensje wynoszą 1/3-1/4 średniej w UE. Mimo przyspieszenia w 2006 r. wyrównanie poziomu polskich płac z europejskimi to bardzo odległa perspektywa. Nawet przy bardzo optymistycznych założeniach osiągnięcie połowy średniej unijnej nastąpi za kilkadziesiąt lat.

Przykładem długiej drogi wyrównywania wynagrodzeń jest Portugalia. Mimo ponad 20 lat obecności w UE poziom tamtejszych płac nie przekroczył połowy średniej dla krajów członkowskich.

Jacek Wiśniewski zauważa, że nas też czeka długa droga, zanim dogonimy UE. Pamiętajmy, że wzrost płac musi być skorelowany ze wzrostem wydajności pracy, bo inaczej grozi wzrostem inflacji.

Jak twierdzi Łukasz Tarnawa, mimo kilkunastu lat, jakie minęły od 1989 r., nasza gospodarka wciąż jest relatywnie słabo uzbrojona w kapitał, a wydajność naszych pracowników dużo niższa od ich unijnych kolegów.

RPP od dawna zwraca uwagę na to, czy dynamika płac nie przekracza wydajności. To dla niej ważne, bo może prowadzić do znacznego wzrostu inflacji. Co nam przyjdzie z tego, że nasze pensje będą rosły np. w 10- -procentowym tempie, jeśli w podobnym będą rosły ceny?

Na razie w przedsiębiorstwach wydajność rośnie szybciej niż płace.

Wzrost wydajności zależy w dużej mierze od inwestycji. Na nie, na szczęście, nie możemy narzekać.

Pracownicy nie będą bardziej wydajni bez ruchu pracodawcy, który zainwestuje w nowoczesne, bardziej wydajne maszyny i urządzenia. Prawa ekonomii są nieubłagane, trzeba inwestować i postawić na innowacyjność i nowoczesność. Pomogłyby w tym wszelkie ułatwienia dla firm.

Zdaniem Łukasza Tarnawy, możemy spodziewać się dużych inwestycji (m.in. ze względu na napływ unijnych pieniędzy), a co za tym idzie - wzrostu wydajności, co uchroni nas przed eksplozją płacową w relacji do wydajności.



Temat: Poczta Polska na bakier z terminowością
Poczta Polska nie spełnia wymagań dotyczących terminowości doręczeń przesyłek, a przy ich opracowywaniu nadal da się zauważyć pewne nieprawidłowości. Ponadto nasz publiczny operator pocztowy rzadko kiedy określa reklamację jako uzasadnioną, choć rzadko też narusza prawo przy rozpatrywaniu reklamacji - czytamy w raporcie UKE.

Kontrola jakości usług pocztowych odbyła się w ramach corocznych badań w zakresie jakości świadczenia powszechnych usług pocztowych, do jakich zobowiązany jest Urząd Komunikacji Elektronicznej jako regulator rynku pocztowego w Polsce.

W ramach kontroli zbadano m. in. terminowość doręczania przesyłek pocztowych oraz sposób rozpatrywania ewentualnych reklamacji.

Terminowość doręczeń przesyłek

Terminowość doręczeń przesyłek badano najpierw pod koniec roku 2006 (w dniach 20.11.2006 - 29.12.2006), a potem w pierwszym kwartale 2007 roku (01.01.2007 - 31.03.2007).

Po przeprowadzeniu pierwszego badania stwierdzono, że 68,22% przesyłek priorytetowych jest dostarczanych w terminie tzn. następnego dnia po nadaniu. W przypadku przesyłek ekonomicznych, które powinny być dostarczone w terminie 3 dni licząc od dnia nadania, tylko 60,37% zostało dostarczonych w terminie.

W kolejnym badaniu (pierwszy kwartał 2007 roku) wyniki były nieco gorsze w przypadku przesyłek priorytetowych (63,09% doręczonych w terminie), ale były lepsze dla przesyłek ekonomicznych (69,73% doręczonych w terminie).

Otrzymane wyniki zarówno dla przesyłek priorytetowych jak i ekonomicznych nie spełniają minimalnych wymagań stawianych poczcie w rozporządzeniu Ministra Infrastruktury z dnia 9 stycznia 2004 r. w sprawie warunków wykonywania powszechnych usług pocztowych). Są również dalekie od aktualnie obowiązujących w tym zakresie norm europejskich (odsetek przesyłek dostarczonych punktualnie powinien wynosić ponad 80%).

Analiza wyników przeprowadzonego badania wykazała, że PP uzyskuje najniższe wartości wskaźnika terminowości doręczania przesyłek listowych ekonomicznych dla relacji miasto-wieś powyżej 200 km i wieś - wieś powyżej 200 km.

Ponadto okazało się, że zwiększona liczba doręczanych za pośrednictwem PP przesyłek listowych ekonomicznych w okresie przedświątecznym wpływa na obniżenie wartości wskaźnika terminowości doręczania przesyłek tej kategorii.

Nieprawidłowości w obrocie przesyłek

W trakcie przeprowadzonych badań zaobserwowano też pewne nieprawidłowości w opracowywaniu i doręczaniu zarówno przesyłek listowych ekonomicznych jak i priorytetowych. Polegały one na: nieterminowym opróżnianiu pocztowych skrzynek nadawczych, nieterminowym ostemplowaniu przesyłek, mylnym kierowaniu przesyłek, zastosowaniu błędnej daty na datowniku, braku ostemplowania lub niewłaściwym ostemplowaniu przesyłek. Zdarzało się również pogniecenie lub zniszczenie przesyłek.

Reklamacje

W raporcie UKE czytamy też, że w 2006 roku konsumenci złożyli 200689 reklamacji dotyczących powszechnych usług pocztowych, co stanowiło 0,05% wszystkich zrealizowanych przez operatora publicznego usług powszechnych, podlegających reklamacjom. Z tego blisko 83,89% reklamacji było związanych z przesyłkami w obrocie krajowym, a 16,11% w obrocie zagranicznym.

Najwięcej zgłoszonych reklamacji w obrocie krajowym w 2006 r. dotyczyło listów poleconych (ponad 69% wszystkich reklamacji). Najmniej reklamacji złożono w zakresie przesyłek z zadeklarowaną wartością (listy wartościowe - 0,13%, paczki wartościowe - 0,59%).

Jeśli chodzi o czas odpowiedzi Poczty Polskiej na reklamację, to średni czas uzyskania pierwszej odpowiedzi w zakresie przesyłek zaginionych wyniósł 12,62 dnia, w zakresie przesyłek opóźnionych wyniósł 11,65 dnia, w zakresie przesyłek uszkodzonych wyniósł 13,5 dnia, a w zakresie innych nieprawidłowości 11 dni. Analogiczne czasy dla odpowiedzi ostatecznej wyniosły odpowiednio: 17,3; 13,6; 17 oraz 13,45 dni.

Charakterystyczną wielkością zaobserwowaną w strukturze reklamacji w 2006 r. jest duży odsetek reklamacji potraktowanych przez Pocztę Polską jako nieuzasadnione (63%). Trzeba jednak zaznaczyć, że na podstawie przeprowadzonej w 2006 r. kontroli trybu i sposobu rozpatrywania reklamacji stwierdzono, iż w stosunku do obowiązujących przepisów prawa operator publiczny raczej nie narusza obowiązujących uregulowań w zakresie trybu i sposobu rozpatrywania reklamacji.

PAP



Temat: Dno giełdowe wyprzedza dno recesji...(...)
Obecna sytuacja rynków finansowych także na tle sytuacji gospodarczej do
złudzenia przypomina jeden z najbardziej dramatycznych okresów dekoniunktury
giełdowej z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Recesji w
światowej gospodarce przysłużyły się wówczas także rekordowe ceny surowców
po wstrzymaniu przez kraje arabskie dostaw ropy naftowej do krajów
zachodnich w odwecie za poparcie przez te ostatnie Izraela w wojnie Jom
Kippur z Egiptem (pierwszy kryzys naftowy). Głęboka 16-miesięczna recesja w
gospodarce USA rozpoczęta wg National Bureau of Economic Research (NBER) w
1973 roku, do 9 grudnia 1974 roku sprowadziła indeks Dow Jones Industrial
Average aż o 46,6% poniżej szczytu hossy z 11 stycznia 1973 roku. W
powojennej historii Wall Street była to największa zniżka przekraczająca swą
skalą zarówno krach z 1987 roku (spadek o 41,2%) jak też bessę po pęknięciu
bańki internetowej na początku obecnego milenium (spadek o 38,7%). Przez
ponad 30 lat wydawało się, że ten smutny rekord będzie trudny do pobicia. W
piątek 21 listopada bieżącego roku Średnia Przemysłowa zanotowała jednak
minimum, które od szczytu z 11 października 2007 roku oznaczało spadek o
47,5%. Większe od obecnych straty wystąpiły jedynie w okresie II wojny
światowej (do 1942 roku) oraz w czasie Wielkiego Kryzysu.

Recesja z lat 1973-75 była jednocześnie jednym z niewielu okresów, kiedy
Produkt Krajowy Brutto Stanów Zjednoczonych utrzymywał ujemną dynamikę przez
3 kolejne kwartały. Pierwszy w czarnej serii był trzeci kwartał 1974 roku
(spadek PKB o 3,8%). W czwartym kwartale 1974 roku gospodarka zwolniła o
1,6%, a w pierwszym kwartale 1975 roku ujemne PKB osiągnęło poziom -4,7%.
Historia Wall Street dowodzi jednak, że rynek akcji zaczyna się podnosić na
około pół roku przed widocznymi oznakami poprawy sytuacji gospodarczej. Tak
też było w 1974 roku, kiedy pierwszy w serii trzech kwartałów z ujemnym PKB
pokrył się z dnem giełdowym indeksu szerokiego rynku S&P500 zanotowanym 4
października 1974 roku Do połowy marca 1975 roku, kiedy recesja w USA
zbliżała się już do końca, indeks ten wzrósł o 42,8% nie schodząc już nigdy
do poziomu dna z października 1974 roku. Według NBER dno giełdowe 1974 roku
przypadło na początku dwunastego miesiąca recesji. W obecnej bessie
najniższy punkt indeks S&P500 zanotował 21 listopada, a więc również w
dwunastym miesiącu recesji, która według NBER rozpoczęła się za oceanem w
grudniu 2007 roku.

Podobieństwo giełdowej bessy z lat 1973-74 do obecnej 2007-2008 jest
uderzające. Świadczy o tym nie tylko porównywalna skala spadków i warunki
makroekonomiczne, ale także układ techniczny amerykańskiego indeksu S&P500.
Identyczna struktura spadkowych fal, skrajny poziom emocji, strachu i
wyprzedania rynku to tylko niektóre z przesłanek pozwalających przypuszczać,
że rynek niedźwiedzia zakończył się w listopadzie ubiegłego roku.

Jacek Rzeźniczek
Secus Asset Management

http://www.inwestycje.pl/gpw/aktualnosci_gpw/gospodarka_w_dol__gielda...





Temat: Stan kieleckich dróg

Świętokrzyskie w smutnej europejskiej czołówce
Marcin Sztandera2007-02-18, ostatnia aktualizacja 2007-02-18 17:27

Drogi przebiegające przez nasz region należą do najniebezpieczniejszych w UE - wynika z danych Europejskiego Urzędu Statystycznego. - I nieprędko to się zmieni - komentują drogowcy.
Świętokrzyskie, jak wynika z wyliczeń Eurostatu, to drugie polskie województwo w rankingu najniebezpieczniejszych dróg w Polsce. Gorzej jest tylko w warmińsko-mazurskim.

Eurostat liczył liczbę zabitych w wypadkach na milion samochodów. Wyszło, że najgorzej jest w Grecji - aż trzy pierwsze miejsca zajmują tamtejsze regiony, a kolejne pięć znalazło się w pierwszej 20. Na drogach Sterea Ellada, które prowadzi, ginie średnio 1576 osób na milion samochodów osobowych.

Polska też nie ma powodów do dumy. W czołowej dwudziestce są cztery nasze regiony: województwo warmińsko-mazurskie z 815 zabitymi na milion samochodów zajmuje czwarte miejsce, świętokrzyskie ma 12. pozycję (617 ofiar), na 15. miejscu jest podlaskie (595), a na 16 - lubelskie (590).

Eurostat swoje zestawienie oparł na danych z 2004 roku, gdy Unia Europejska powiększyła się o nowe państwa, w tym Polskę.

W krajach starej Unii jest znacznie bezpieczniej. W pierwszej 20 najniebezpieczniejszych regionów znalazł się tylko jeden z kraju założycielskiego wspólnoty, za to dominują one na liście najbezpieczniejszych dróg.

Lider to niemieckie Bremen, gdzie giną tylko 23 osoby na milion samochodów osobowych. Pierwszą dwudziestkę zamyka jeden z regionów brytyjskich, gdzie ginie 89 osób.

Ogółem Polska, ze średnio 476 ofiarami śmiertelnymi wypadków na milion samochodów, zajmuje piąte miejsce w UE. Najmniej zabitych w wypadkach jest na Malcie - 61. Na pocieszenie można jednak dodać, że równocześnie zauważono, jak w ciągu dziesięciu lat w naszym kraju liczba zabitych spadła o połowę.

Z raportu paradoksalnie wynika, że im więcej samochodów na tysiąc mieszkańców, tym mniej ofiar śmiertelnych. W Polsce liczba samochodów wynosiła 314 na tysiąc mieszkańców i należała w 2004 roku do najniższych w UE. Od tego czasu aut nam przybyło. Wszyscy pamiętamy zalew używanych samochodów, które trafiły do Polski w 2005 roku. Czy jednak oznacza to, że śmiertelnych wypadków było mniej? Dane policji świętokrzyskiej za 2005 rok mówią co innego - ofiar śmiertelnych było więcej. Dopiero we kolejnych latach ta liczba zaczęła spadać.

W kolejnych raportach pozycja świętokrzyskiego nie będzie jednak tak wysoka - fachowcy z Eurostatu wyliczyli, że w 2004 roku w krajach kandydujących, takich jak Turcja i Rumunia, było jeszcze gorzej niż w Grecji. Od 2007 roku Rumunia jest w UE, więc świętokrzyskie na pewno spadnie w kolejnych rankingach.

Dla Gazety
Ewa Sayor dyrektor kieleckiego oddziału Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad

Obawiam się, że nasze województwo jeszcze długo będzie tak wysoko w tym rankingu. Tak naprawdę dopiero nam się udało zatrzymać pewną tragiczną tendencję. Do mniejszej liczby zdarzeń dochodzi dopiero drugi, może trzeci rok z rzędu. Poprawa bezpieczeństwa to niestety zadanie dla wszystkich - drogowców, policji, mediów, a przede wszystkim użytkowników dróg. Nadal trzeba dążyć do wyraźnej hierarchizacji dróg eliminować np. powolny ruch lokalny z tras krajowych. Trwają nad tym prace, ale zbyt powoli. Podobnie jest z ustawą o wprowadzeniu obowiązkowej kontroli inwestycji drogowych przez audytorów bezpieczeństwa. Mają oni badać każdą inwestycję tylko pod tym kątem. Prace nad przepisami wprowadzającymi taki obowiązek trwają już kilka lat. Bez efektów.
http://miasta.gazeta.pl/kielce/1,35255,3927996.html




Temat: Dno giełdowe wyprzedza dno recesji...(...)





Obecna sytuacja rynków finansowych także na tle sytuacji gospodarczej do
złudzenia przypomina jeden z najbardziej dramatycznych okresów
dekoniunktury
giełdowej z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Recesji w
światowej gospodarce przysłużyły się wówczas także rekordowe ceny surowców
po wstrzymaniu przez kraje arabskie dostaw ropy naftowej do krajów
zachodnich w odwecie za poparcie przez te ostatnie Izraela w wojnie Jom
Kippur z Egiptem (pierwszy kryzys naftowy). Głęboka 16-miesięczna recesja
w
gospodarce USA rozpoczęta wg National Bureau of Economic Research (NBER) w
1973 roku, do 9 grudnia 1974 roku sprowadziła indeks Dow Jones Industrial
Average aż o 46,6% poniżej szczytu hossy z 11 stycznia 1973 roku. W
powojennej historii Wall Street była to największa zniżka przekraczająca
swą
skalą zarówno krach z 1987 roku (spadek o 41,2%) jak też bessę po
pęknięciu
bańki internetowej na początku obecnego milenium (spadek o 38,7%). Przez
ponad 30 lat wydawało się, że ten smutny rekord będzie trudny do pobicia.
W
piątek 21 listopada bieżącego roku Średnia Przemysłowa zanotowała jednak
minimum, które od szczytu z 11 października 2007 roku oznaczało spadek o
47,5%. Większe od obecnych straty wystąpiły jedynie w okresie II wojny
światowej (do 1942 roku) oraz w czasie Wielkiego Kryzysu.

Recesja z lat 1973-75 była jednocześnie jednym z niewielu okresów, kiedy
Produkt Krajowy Brutto Stanów Zjednoczonych utrzymywał ujemną dynamikę
przez
3 kolejne kwartały. Pierwszy w czarnej serii był trzeci kwartał 1974 roku
(spadek PKB o 3,8%). W czwartym kwartale 1974 roku gospodarka zwolniła o
1,6%, a w pierwszym kwartale 1975 roku ujemne PKB osiągnęło poziom -4,7%.
Historia Wall Street dowodzi jednak, że rynek akcji zaczyna się podnosić
na
około pół roku przed widocznymi oznakami poprawy sytuacji gospodarczej.
Tak
też było w 1974 roku, kiedy pierwszy w serii trzech kwartałów z ujemnym
PKB
pokrył się z dnem giełdowym indeksu szerokiego rynku S&P500 zanotowanym 4
października 1974 roku Do połowy marca 1975 roku, kiedy recesja w USA
zbliżała się już do końca, indeks ten wzrósł o 42,8% nie schodząc już
nigdy
do poziomu dna z października 1974 roku. Według NBER dno giełdowe 1974
roku
przypadło na początku dwunastego miesiąca recesji. W obecnej bessie
najniższy punkt indeks S&P500 zanotował 21 listopada, a więc również w
dwunastym miesiącu recesji, która według NBER rozpoczęła się za oceanem w
grudniu 2007 roku.

Podobieństwo giełdowej bessy z lat 1973-74 do obecnej 2007-2008 jest
uderzające. Świadczy o tym nie tylko porównywalna skala spadków i warunki
makroekonomiczne, ale także układ techniczny amerykańskiego indeksu
S&P500.
Identyczna struktura spadkowych fal, skrajny poziom emocji, strachu i
wyprzedania rynku to tylko niektóre z przesłanek pozwalających
przypuszczać,
że rynek niedźwiedzia zakończył się w listopadzie ubiegłego roku.


przepraszam ale DJIA to taki marketingowy znany znak towarowy USA a ocena
jego fluktuacji na tak długim okresie czasu powinna byc raczej czysto
hobbystyczna. Zw względu na swą głupowa konsktrukcję ( indeks ważony cenowo)
nie nadaje sie do niczego.

george





Temat: Nieruchomości
Polski rynek nieruchomości: ceny mieszkań stabilizują się

10.12.2007, 11:32

Polski rynek nieruchomości: ceny mieszkań stabilizują sięPrzecieramy oczy ze zdziwienia i faktycznie jest się czemu dziwić. Mamy bowiem do czynienia z pierwszą od ponad dwóch lat stabilizacją cen mieszkań na krajowym rynku nieruchomości, w niektórych przypadkach popartą nawet ostrą ich korektą. Dla wielu to taki przedświąteczny prezent-niespodzianka, szansa na to, że być może wreszcie spełnią się ich marzenia.

Statystyki branżowe są imponujące – ceny mieszkań w okresie ostatnich dwóch lat wzrosły nawet o 70%, do użytku oddano ponad 60 tysięcy nowych lokali. W przyszłym roku mieszkań będzie jeszcze więcej i to o ponad 60% w stosunku do kończącego się 2007 roku. Jak wynika ze statystyk, mamy do czynienia z olbrzymią podażą, a co z popytem? Zaczyna spadać, bo zbyt wysoki pułap cen zniechęca każdego, zakupy inwestycyjne i spekulacyjne również przestają się opłacać. Jak obronić się przed „nadpodażą”? Odpowiedź można znaleźć w ofertach developerów, którzy rozpoczęli już walkę o klienta: darmowe tarasy, miejsca parkingowe, rabaty dla płacących gotówką. Oto broń jaką chcą konkurować między sobą firmy budowlane. Średnie ceny metra kwadratowego mogą spaść w przyszłym roku nawet o 10% i utrzymać się na takim poziomie przez rok czy dwa.

Tę samą tendencję widać na rynku wtórnym. Używane mieszkania nie stanowią już w zasadzie żadnej konkurencji dla nowych, a ich ceny zostały również mocno wywindowane. Tanieją więc lokale o najniższym standardzie, przeznaczone do generalnego remontu, mieszkania w blokach z dużej płyty i z kiepską lokalizacją. Na wartości zyskują natomiast spokojne nowoczesne osiedla na peryferiach wielkich miast, nawet kosztem irytacji wywołanej niedoskonałościami polskiej infrastruktury drogowej.

Na taki przełom czekaliśmy już od dawna. Rosnące ceny zaburzały spokój nie tylko kupujących ale również banków, które finansują inwestycje mieszkaniowe. Mimo swojej otwartości i elastyczności w stosunku do klientów, nie są w stanie już bardziej złagodzić procedur i zasad oceny zdolności kredytowej. Nawet wzrost płac nie może zmienić faktu, że statystycznego Polaka stać dziś na około 0,5 mkw. mieszkania.

Mamy więc stabilizację, ale zdaniem analityków Gold Finance nie można liczyć na długofalowość tego procesu. Jest to ewidentnie związane z cyklem koniunkturalnym. Obniżka cen wzmoży bowiem ponownie apetyty nabywców. Zrównanie popytu z podażą może gwarantować jeszcze przez jakiś czas równowagę na rynku, ale z czasem ceny mieszkań znów zaczną rosnąć, szczególnie jeśli sytuacja gospodarcza w naszym kraju nie ulegnie zmianie. Widać w tym przypadku analogię do trendów, jakie miały miejsce po wstąpieniu Hiszpanii do Unii Europejskiej. Po pięcioletnich wzrostach cen nieruchomości w tym kraju, nastąpił kilkuletni okres wyhamowania, a później kolejny drastyczny skok cen. Dynamika zmian w tym zakresie w naszym kraju jest znacznie szybsza, stagnacja może nie trwać długo… zatem świąteczne zakupy czas zacząć.

tytuł : Polski rynek nieruchomości: ceny mieszkań stabilizują się
oprac. : Gold Finance

http://www.finanse.egospodarka.pl/26780 ... ,48,1.html



Temat: Cukrownia w Nowym Stawie
Źródło: naszemiasto.pl

100 tys. za dobrowolne odejście z cukrowni

Pracownicy cukrowni w Malborku oraz biur Krajowej Spółki Cukrowej w Nowym Stawie i Pruszczu Gdańskim mogą dostać jedną z najwyższych odpraw w kraju, po prawie 100 tys. zł brutto. Pod warunkiem jednak, że dobrowolnie odejdą z pracy. Taką propozycję przedstawił im zarząd KSC.
Łącznie w cukrowni i biurach zatrudnionych jest 220 osób. Ile z nich zdecyduje się na odejście?

- Jak sama nazwa wskazuje, podstawową zasadą programu dobrowolnych odejść jest jego dobrowolność. To pracownicy zdecydują, czy odejść ze spółki, czy też w niej pozostać. W związku z tym ostateczna liczba osób, które zdecydują się przystąpić do programu, będzie znana najprawdopodobniej dopiero na początku października - wyjaśnia Aleksandra Paulska, rzecznik prasowy Krajowej Spółki Cukrowej SA.
Odprawy przysługują pracownikom, którzy 1 sierpnia tego roku mieli umowę na czas nieokreślony w KSC i przynajmniej 3 z ostatnich 5 lat przepracowali w cukrownictwie. Wszyscy, którzy zdecydują się odejść z pracy, mogą liczyć na 80 tys. zł brutto oraz odprawę wynikającą z ustawy o zwolnieniach grupowych, czyli od 1 do 3 średnich pensji. Dodatkowo mogą otrzymać pomoc w znalezieniu pracy lub założeniu firmy.

Pracownicy mają czas na decyzję do 15 września. Przedstawiciele związków zawodowych malborskiej cukrowni obawiają się, że z propozycji skorzystają osoby zatrudnione bezpośrednio przy produkcji.
Cukrownia Malbork jest jedną z 7 fabryk produkujących cukier, należących do KSC. Obecnie oddział intensywnie przygotowuje się do rozpoczęcia kolejnej kampanii cukrowniczej, która ruszy już jesienią.

- Program dobrowolnych odejść jest przeznaczony przede wszystkim dla pracowników cukrowni, w których wygasła już produkcja - mówi Zbigniew Jezierski, przewodniczący Komisji Oddziałowej NSZZ Solidarność w Cukrowni Malbork. - W malborskim zakładzie mamy najniższe zatrudnienie spośród wszystkich cukrowni KSC, dlatego nie zgadzamy się na odejścia pracowników produkcyjnych, by nie zakłóciło to naszego cyklu produkcyjnego. Odejścia mogłyby spowodować, że pracowalibyśmy podczas najbliższej kampanii cukrowej w systemie dwuzmianowym, a to byłoby zbyt dużym obciążeniem dla osób, które by pozostały w zakładzie.

Zarząd KSC zastrzegł, że może nie wyrazić zgody na odejście pracowników, których uzna za niezbędnych dla dalszego funkcjonowania firmy.

Program dobrowolnych odejść jest kolejnym etapem trwającej od kilku lat restrukturyzacji KSC.
Obejmuje nie tylko malborski oddział, ale wszystkie w kraju należące do grupy. Spółka oczekuje, że z oferty skorzysta kilkuset pracowników w całym kraju.

Od 2003 r. zatrudnienie w KSC spadło z 5 tys. do ponad 2,1 tys. osób. W wielu cukrowniach wygaszono produkcję w następstwie reformy rynku cukru w Unii Europejskiej.

- Reforma zakładająca stopniowe ograniczenie produkcji cukru z buraków cukrowych w latach 2007-2010 w większości państw członkowskich, w tym w Polsce - mówi Paulska.

- Mamy mocne fundamenty do dalszego rozwoju, ale musimy dokończyć proces niezbędnej restrukturyzacji trwający w naszej spółce od kilku lat. Chciałbym podkreślić, że jeśli już podejmujemy decyzję o redukcji zatrudnienia, staramy się zminimalizować ewentualne negatywne skutki decyzji o rozstaniu ze spółką poprzez rekompensaty finansowe - mówi Marcin Kulicki, prezes KSC SA.
W ubiegłym miesiącu za zmniejszenie potencjału produkcyjnego KSC otrzymała 557 mln zł rekompensaty. Zostanie teraz przeznaczona na dalszą modernizację, rozwój i realizację planów związanych z restrukturyzacją.

Spółka tłumaczy, że pomimo iż otrzymała rekompensatę, koszty reformy rynku znacznie ją przewyższają. Spółka została zobligowana do wpłat składek na Tymczasowy System Restrukturyzacji Przemysłu Cukrowniczego (tzw. Fundusz Restrukturyzacji). Na przestrzeni trzech lat KSC wpłaciła do funduszu ok. 1 miliarda zł.

J.Klein, J. Skrobisz - POLSKA Dziennik Bałtycki




Temat: BIOTON [BIO] część III
08:18 26.01.2007 Nr 3245, kolumna 8
Trwa przecena papierów Biotonu
Michał Chmielewski

Nerwowe zachowanie akcjonariuszy producenta insuliny może wynikać z niepewności co do wyników spółki za czwarty kwartał

Wczoraj w czasie sesji akcje Biotonu kosztowały tylko 1,97 zł. Kurs był najniższy od połowy września, co wobec rekordu z 13 listopada (3,19 zł) oznaczało spadek o prawie 40 proc. Po południu notowania producenta insuliny nieco odbiły i na koniec sesji za walory płacono po 2 zł (kurs spadł o 3,4 proc.). Notowaniom towarzyszyły wysokie obroty - przekroczyły 175 mln zł.

Nie po raz pierwszy cena papierów biotechnologicznej spółki gwałtownie zniżkuje, choć zdarzały się też niespodziewane wzrosty. Ponad 40 proc. akcji spółki znajduje się w wolnym obrocie, w tym większość w posiadaniu drobnych inwestorów, którzy reagują nerwowo na doniesienia z rynku i samej firmy. Analitycy twierdzą jednak, że wkrótce należy spodziewać się większego zaangażowania w spółkę instytucji finansowych, które mają długoterminowe plany inwestycyjne.

Ważne wyniki IV kwartału

Tym razem jednak żadna istotna informacja się nie pojawiła. - Najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem spadku jest zbliżający się termin publikacji wyników finansowych za czwarty kwartał - uważa Przemysław Sawala-Uryasz, analityk UniCredit CA IB. Według nieoficjalnych prognoz zarządu, Bioton miał w 2006 roku uzyskać 90 mln zł zysku netto. Jednak szacując ostateczny wynik prezes Adam Wilczęga zakładał korzystniejszy kurs dolara amerykańskiego w ostatnich trzech miesiącach, w okolicach 3,15 zł. Producent insuliny istotną część sprzedaży rozlicza właśnie w tej walucie. Tymczasem średni kurs dolara w ostatnim kwartale ub.r. nie przekroczył 3 zł. Dla ostatecznego wyniku istotny jest również kurs euro, choć w tym przypadku im niższy, tym korzystniejszy. Bioton reguluje bowiem płatności za część zakupów płacąc unijnymi pieniędzmi.

Po trzech kwartałach ub.r. spółka miała ponad 67 mln zł skonsolidowanego zysku netto przy przychodach przekraczających 150 mln zł.

Pod presją konkurencji

Na trwającą od początku tygodnia przecenę akcji Biotonu mogły wpłynąć też doniesienia o pracach konkurencyjnego Adamedu nad lekiem przeciw cukrzycy typu B. Firma ta poinformowała jednak, że jej preparat - nawet jeżeli wejdzie do sprzedaży - nie wyeliminuje używania insuliny przez diabetyków, a jedynie uzupełni kurację. Ponad miesiąc temu podobna informacja, o wynalezieniu przez kanadyjskich naukowców leku eliminującego przyczynę cukrzycy (ale tylko typu A), spowodowała spadek kursu giełdowej firmy więcej niż 7 proc.

CA IB podtrzymuje swoją, opublikowaną tydzień temu, wycenę akcji Biotonu. Kurs docelowy wyznaczyło na 2,48 zł. Zdaniem P. Sawali-Uryasza, obecna wycena godziwa papierów spółki przekracza 2 zł.

Komentarz

Michał Chmielewski

Parkiet

Istotne dla prognozowania ceny akcji Biotonu w najbliższym czasie będą doniesienia z rynku rosyjskiego, gdzie spółka walczy o kontrakty na dostawy insuliny. W 2007 r. chce tam sprzedać leki za kilkadziesiąt milionów dolarów. Na jeszcze większe kontrakty liczy w 2008 r., gdy uruchomi produkcję na miejscu. Rosyjskie federalne przepisy refundacyjne nakazują, by 30 procent kupowanych leków pochodziło z produkcji krajowej. Rosja będzie pierwszym ze strategicznych kierunków, w których polska spółka biotechnologiczna zapowiada ekspansję. Ta ekspansja ma jej zapewnić 5 procent udziałów w światowym rynku insuliny do 2009 r. Jeżeli uda się u wschodnich partnerów, to wzrośnie wiarygodność planów rozwoju sprzedaży na rynku chińskim i w całej Azji.




Strona 1 z 2 • Zostało znalezionych 36 wypowiedzi • 1, 2